ANGORA - Nr 52 (810), 25 grudnia 2005r.

Francuzi mają Arsene'a Łupina my - Kwintę. Obu łączy wybitny talent do otwierania sejfów i kas pancernych. Chociaż to postacie fikcyjne, to jednak we współczesnym świecie, także w Polsce, nie brak równie utalentowanych specjalistów.

Podobno nie ma zamka, którego nie można otworzyć. Oczywiście otworzyć bez klucza.

Jednak podczas najsłynniejszego napadu na bank, jaki zdarzył się w powojennej Polsce (19 sierpnia 1962 r.) włamywacze nie stosowali tak wyrafinowanych metod. Do pieniędzy w skarbcu w Wołowie (12,5 min zł) dostali się za pomocą samochodowego podnośnika, palnika i łomu. Nie byli tak wybitnymi fachowcami jak pracownicy warszawskiej spółdzielni „Skarbiec", którzy potrafią poradzić sobie prawie z każdym zabezpieczeniem.

I nic dziwnego, gdyż firma już 58 lat zajmuje się produkcją zamków, sejfów i kas pancernych. W 1947 roku w Warszawie kilku znanych przedwojennych ślusarzy; Cyn-kowski, Góralczyk, Winiarek, Zawadka, Zwierzchowski zawiązało spółdzielnię. Jednak początki zakładów rzemieślniczych jej założycieli sięgają jeszcze XIX wieku.

Przez ponad 40 lat niemal wszystkie zamawiane przez banki (zwłaszcza spółdzielcze) kasy pancerne, sejfy, skrytki pocztowe czy drzwi skarbcowe były produkowane przez warszawską firmę. W „Skarbcu" pracowało ponad 300 osób, z których zdecydowana większość należała do spółdzielni.

- To były dobre czasy - wspomina prezes Witold Matejak, który podczas 36 lat pracy przeszedł wszystkie szczeble od robotnika do szefa. - Nie mieliśmy konkurencji, zamówień było w bród, ślusarze zarabiali dużo więcej niż wynosiła warszawska średnia. Teraz na rynku jest około 15 producentów, a do tego coraz więcej kasowej tandety sprowadza się z Chin czy Korei. Takie kasy można rozłupać dobrą siekierą, ale dla większości krajowych klientów ważniejsza od jakości jest cena.
Dziś spółdzielnia liczy zaledwie 13 członków, zatrudnia niewiele ponad 20 pracowników. Roczny obrót nie przekracza 2 milionów złotych.

Wizytówką firmy jest dwupłaszczy-znowa kasa pancerna (V klasy), konstrukcji inż. Henryka Lewandowskiego.
Ma zabezpieczenie antynawiercenio-we, progi ogniowe, wysokiej jakości dwa niezależne zamki, trzystronny mechanizm ryglowy i przede wszystkim podwójny pancerz stalowo-betonowy. Jej cena to około 5,5 tys. zł. Spółdzielnia sprzedaje rocznie 7-8 sztuk, gdy 20-30 lat temu ponad 40.
- Warstwa betonu, która jest w środku, między dwoma stalowymi ścianami, powoduje, że gdyby włamywacz chciał przeciąć kasę palnikiem, to wówczas beton skleja się i utwardza - wyjaśnia prezes. - Zamki są tak chronione, żeby nie można ich było prześwietlić nawet promieniami rentgena.
W ofercie spółdzielni są także sejfy (jednopłaszczyznowe, wrzutowe i ścienne), szafy metalowe, sejfy dla wojska (opracowane według standardów NATO), zaopatrzone w szyfrowe zamki firmy „Sargent&Greenlear", kraty okienne, metalowe szafy ubraniowe, skrytki depozytowe, kasetki, nesesery i kufry do transportu mienia, a także ważące 5 ton grube na ponad 25 cm drzwi skarbcowe (cena to około 20 tysięcy złotych). Jednak od trzech lat na drzwi nie było ani jednego zamówienia. Jednak największym skarbem „Skarbca" są ludzie. W żadnej konkurencyjnej firmie nie ma tak wybitnych specjalistów, którzy potrafiliby otworzyć niemal każdy zamek. Świadczenie usług serwisowych to w budżecie spółdzielni bardzo pokaźna pozycja.

K.R.

Spowiedź „kasiarza"

Edward Kieszek ma opinię najlepszego z najlepszych. Był konsultantem największych polskich banków. Od ćwierć wieku związany jest ze spółdzielnią „Skarbiec":

Elita

- W Polsce prawdziwi złodzieje, kasiarze to bardzo elitarna, fachowa i nieliczna grupa - mówi Kieszek. - Nasi włamywacze od lat mają swój wkład w rozwój tej dziedziny przestępczości. Opracowany przed wojną przez polskiego kasiarza Słowika wytrych, do dziś ma zastosowanie w tym fachu i wziął nazwę od nazwiska swego wynalazcy. Lecz teraz profesjonalne wytrychy można już kupić w sklepach. Równie elitarna i równie mała jest nasza grupa oficjalnych specjalistów trudniących się otwieraniem najbardziej skomplikowanych zamków. Po obu stronach barykady to najwyżej kilkanaście osób.

- Naszym głównym klientem są nadal banki spółdzielcze - stwierdza prezes. - Duże banki coraz rzadziej korzystają z naszych usług. Powód jest jasny i prosty. One są polskie już tylko z nazwy, gdyż właścicielami jest kapitał zagraniczny. Dlatego zamiast w polskich firmach ich szefowie wolą składać zamówienia u zagranicznych producentów. Obie grupy nigdy się nie przenikały, co zrozumiałe, gdyż tacy ludzie jak ja, wykonując swoją pracę, często współpracują z policją. W tym fachu najważniejsza jest cierpliwość. Później dedukcja, wyobraźnia przestrzenna, a dopiero w następnej kolejności zdolności manualne. Na wyczucie Gdy tylko widzę nowy zamek, zaraz zastanawiam się, jak można by go otworzyć. Każdemu ząbkowi klucza przypisana jest inna zapadka. Im więcej zapadek, tym bardziej skomplikowany i trudniejszy do sforsowania jest zamek. W zamkach, które mają trzy zapadki, żeby je podnieść, teoretycznie, powinno się włożyć trzy wytrychy i czwartym dokonać przesunięcia. Ale spotkałem takie, które mają 18 zapadek. Włożenie 18 wytrychów jest oczywiście niemożliwe i do otwarcia tak skomplikowanego mechanizmu trzeba zastosować zupełnie inną metodę. Jaką, tego już nie zdradzę. Co model, to inny sposób. Jest pewien popularny typ francuskiego zamka szyfrowego, który można otworzyć „na słuch", lecz w zamkach z tzw. cichym przesuwem, to już nie jest możliwe, więc trzeba pokonywać je na wyczucie. Jak? To też tajemnica. W swojej karierze otworzyłem kilka tysięcy kas i sejfów. Trudno uwierzyć, jak często ludzie gubią klucze do szaf pancernych. Równie często zdarza się, że drugi klucz jest wtedy schowany w tej zamkniętej kasie. I wówczas nie ma rady, trzeba ją „pruć" lub zawołać specjalistę. Fachowiec jest w stanie sprawić, że zamek pozostanie zamknięty, lecz mechanizm zabezpieczający będzie otwarty.

Czasem rok, czasem dzień

Wiele kas otwierałem w jeden dzień, ale miałem też taką, na otwarcie której potrzebowałem rok. W ostatnich latach obserwujemy ogromny postęp jakości zamków. Precyzja kluczy jest niesamowita. Wyróżniamy cztery klasy zamków od A do D. Już w klasie C współczesne zamki są tak precyzyjne, że czasem, nawet używając nowoczesnego i precyzyjnego sprzętu, nie można dorobić do nich klucza. Szczególną jakością wyróżniają się niemieckie „Kromery". Nie oznacza to jednak, że stare modele nadają się do lamusa. „Protektor", model produkowany przez wspomnianego „Kromera", chociaż ma prawie 120 lat, jest tak udaną konstrukcją, że do dziś znajduje nabywców.

Zeszyt to podstawa

Kiedyś pojechałem otwierać kasę do Legnicy. Gdy już pokonałem zamki, zdziwiony klient zapytał mnie: To pan nie przeciął jej na pół?
Gdy pierwszy raz widzę jakiś model, biorę zeszyt i rozrysowuję, jak przy tym konkretnym rodzaju zamka może być zbudowany mechanizm. Czasem rysowanie trwa całą noc. Oczywiście, takie symulacje można by rozwiązywać na laptopie, ale ja wolę tradycyjne metody, zwłaszcza że większość spotykanych w kraju zamków to modele stworzone w czasach, gdy nie było jeszcze komputerów. Postępuję więc tak, jak robili to ich konstruktorzy. Staram się dopasować do ich mentalności.
O wiele bardziej skomplikowane są zamki elektroniczne. Niektóre mają tak wielką ilość zabezpieczeń, że potrafią je obsługiwać naprawdę nieliczni fachowcy. W jednym z warszawskich banków jest zamek, który umie przekodować tylko jeden człowiek w Polsce. Ale i na takie urządzenia można znaleźć sposób.

Podkopem i dynamitem

Kilka razy zdarzało mi się pomagać bankom, które stały się celem włamywaczy. Jeździłem na miejsce, oglądałem policyjne zdjęcia. Przed dziesięciu laty w banku spółdzielczym niedaleko Płocka włamywacze sforsowali drzwi do skarbca. Trud chyba się nie opłacił, gdyż ich łupem padło... 2 tysiące złotych. Także w województwie mazowieckim, w innym niewielkim banku, za pomocą dynamitu, przestępcy wysadzili drzwi skarbcowe, ale do pieniędzy już się nie dostali, gdyż były zamknięte w kasach pancernych. Zabrakło czasu, a być może zostali ogłuszeni samym wybuchem. Ostatni „skok" na bank, którego szczegóły znam, miał miejsce podczas ostatnich wyborów. Na szczęście złodzieje nie mieli czasu, a może umiejętności do sforsowania wszystkich zamków.
Kiedyś byłem poproszony o konsultację przez jednego z największych warszawskich jubilerów. W nocy w jednym z jego sklepów zrobiono podkop z piwnicy. Włamywacze dostali się do skarbca, w którym znajdowały się dwie kasy produkcji naszej spółdzielni. Pierwsza była całkowicie otwarta, w drugiej poradzili sobie z pierwszym zamkiem, lecz nie sforsowali drugiego.

Światowe trendy

Staram się śledzić wszystkie znane światowe włamania. Pamiętam dobrze „polską" grupę, która w Niemczech okradała sklepy znanych jubilerów, stosując najprostszą, ale - jak się okazało - skuteczną metodę. Rozbijali pancerne szyby wielkimi młotami, szybko zgarniali z wystaw drogie zegarki i uciekali. O wiele bardziej wyrafinowane było słynne przed laty włamanie do banku w Nicei, gdzie złodzieje dostali się do większości bankowych skrytek. Podczas wojny w Libanie kilka razy zdarzało się, że grupy przestępcze wchodziły w porozumienie z oddziałami walczących tam wojsk, zajmowali w Bejrucie kwartał ulic, w jakich znajdował się bank, wynajmowali kasiarza i opróżniali skarbiec do dna.
O ile w zachodniej Europie zabezpieczenia banków i sklepów jubilerskich są bardzo profesjonalne, o tyle za naszą wschodnią granicą ich poziom jest żenująco niski. Dla dobrych kasiarzy to prawdziwe eldorado. W kraju, co zrozumiałe, najlepsze zabezpieczenia ma Narodowy Bank Polski. To już jest światowy poziom. Żeby dostać się do skarbca, trzeba sforsować naprawdę wiele najnowszej klasy zabezpieczeń. Ale dziś wszystkie duże banki w Polsce są solidnie chronione. Więc na razie możemy spać spokojnie.


KRZYSZTOF RÓŻYCKI
Zdjęcia: autor

©2010 Kasiarz | Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie H15.pl